Jedziemy na wczasy. Rodzinne. Ja, babcia z dziadkiem, wujek
z ciocią i ich trójka dzieci. Osiem osób w jednym samochodzie. Raczej busie. Kierunek:
Galtür – miasteczko w Austrii położone pośród alpejskich trzytysięczników. Po całonocnej
podróży zatrzymujemy się w Weronie. Spacerujemy. Uwielbiam włoskie miasteczka.
Tutaj po prostu widać jak tętni życie. Idąc za tłumem odnajdujemy słynny ganek
z dramatu Szekspira. Jestem lekko rozczarowana. To po prostu zwykły balkon na
jednym z tysiąca tutejszych dziedzińców. Ale zdjęcie trzeba zrobić. Czas na
obiad. Zamawiam pizzę, średnia w smaku. Ale najważniejsze, że włoska. Zaczyna
padać. Wracamy do samochodu. Wieczorem docieramy do Galtür. Mieszkamy w uroczym
domu. Jest nawet wi-fi. Wszędzie tylko nie w moim pokoju. Nazajutrz wychodzimy na
spacer po naszej miejscowości. Leje. Wieje. Zaczynam żałować, że nie wzięłam ze sobą
kurtki zimowej i szalika, i rękawiczek. Jednak nie narzekam.
Tutejsze przestrzenie i widoki zapierają dech w piersiach, a tak czystego powietrza nie
wdychałam od dawna. Wieczorem gramy w remika. Mówię wszystkim, że jestem
w tym mistrzem. Przegrywam. Kolejnego dnia jedziemy na wycieczkę. Wyjeżdżając z
naszej doliny pokonujemy 34 serpentyny. Czuję się jak na karuzeli.
Docieramy do Bregenz nad Jeziorem Bodeńskim. Mamy w planie wyjechać gondolą na
wzgórze skąd widać panoramę całego jeziora. Naszym samochodem busem
nigdzie nie da się zaparkować. Jest za duży. Wujek wysadza nas przy stacji
kolejki i sam rusza na poszukiwanie postoju. Stajemy w kolejce po bilety.
Przechodzimy przez bramki. Babcia nie przechodzi. Zeskanowała swój karnet,
pchnęła barierkę. Nie zdążyła przejść. Nie ma nikogo z obsługi do pomocy. My
nie możemy już wrócić. Zostaje na dole. My wyjeżdżamy na górę. Babcia dzwoni.
Przeszła pod barierką. Na kolanach…
25 sierpnia 2015
15 sierpnia 2015
SECOND HAND
Wchodzę.
Średnia wieku 50 wzwyż. Gdzieś pomiędzy przeciskam się ja. Przed wyjściem
zawsze mam przygotowaną listę zakupów (naiwność……). Próbuję ją sobie
przypomnieć. Spodnie Levis’a, płaszcz na zimę – najlepiej ASYMETRYCZNY, a do
tego ta wymarzona jeansowa kurtka. Ok, dzisiaj się uda. Zaczynam od działu na
wagę – będzie taniej. Niektórych wieszaków nawet nie muszę dotykać, poznaję po
kolorach czy coś mi (nie)odpowiada. Gdzie te spodnie? Pani zabiera mi sprzed
nosa jakiś dobrze zapowiadający się płaszcz. Wzdycham. Dobra, poczekam, może
nie weźmie. Poczekam tutaj przy sweterkach. Oooo jaki fajny. Nawet mam już
taki. Pani wychodzi z przymierzalni. Odwiesza płaszcz na swoje miejsce. Tak, to
moja szansa. Udaję, że szukam czegoś obok i zupełnie przypadkiem znajduję
właśnie ten. Przymierzam. Jest piękny. Szkoda tylko, że zmieściłabym się do
niego dwa i pół razy. Jestem już trochę zmęczona stoczoną tu walką, ale nie
poddaję się. Schodzę na dół. Wycena. Widzę coś jeansowego, pewnie kurtka! Mój
błysk w oczach szybko znika. Dziecięca. W międzyczasie wrzuciłam do koszyka
kilka rzeczy. Ok, idę przymierzyć i zmywam się stąd. Rzeczy w sumie fajne, ale
do czego ja to ubiorę? Poza tym właściwie to powinnam oszczędzać. Kupuję czarną
bluzkę, dziesiątą, przecież jest tania i przyda się. Wychodzę zadowolona.
Następnym razem na pewno się uda. Cholera, znajomi ze studiów znowu powiedzą,
że na czarno...
5 sierpnia 2015
OPENER FESTIVAL
Miesiąc temu wróciliśmy z Openera:
Wstaję wcześnie, bez wylegiwania się. Bioręplecak walizkę i jadę na dworzec. Kierunek:
Gdańsk. Pierwszy raz w Pendolino. Wow. 5,5 h. Jesteśmy na miejscu.
Zostawiamy rzeczy w namiocie mieszkaniu blisko centrum miasta. Idziemy się
napić zwiedzać. Gdańsk właśnie zajął drugie miejsce w moim prywatnym rankingu
(1. Kraków). Naprawdę pięknie. Nawet Galeria taka jak u nas. Robimy
zakupy. Będziemy gotować obiad(y), codziennie raz. Wieczorem oczywiście
plaża. Musimy zobaczyć zachód słońca. Hm, robi się zimno. Wracamy.
Wstaję wcześnie, bez wylegiwania się. Biorę
Następny
dzień - początek festiwalu. Jedziemy do Gdyni SKM. Spokojnie, to tylko pół
godziny. Na miejscu wita nas długa kolejka - do festiwalowych autobusów.
Niektórzy ludzie chcą dzwonić na taksówkę (frajerzy). Czekamy, przecież to
właśnie esencja festiwalu. W kolejce trzeba postać. Docieramy lekko spóźnieni
na pierwszy koncert. Stajemy z tyłu. Ważne, że słyszę i widzę na telebimie.
Jest dobrze. Koniec koncertu. Trzeba znaleźć znajomych, ale jeszcze szybko siku
i coś do jedzenia. Musimy tylko wymienić gotówkę na festiwalowe bony. Stoimy w
kolejce. Spotykamy znajomych. Mamy ponad godzinę do następnego „naszego”
wykonawcy. Zdążymy. Nie zdążyliśmy. Idziemy na piwo. Rozdzielamy się. W pięć
osób lepiej jest się zorganizować. Tak, udało się. Jesteśmy na koncercie 10
minut wcześniej. Drake spóźnia się 20. Nie narzekamy. Gość czaruje publiczność.
Zostały nam jeszcze dwa koncerty do zaliczenia. Dlaczego Alt-J już gra?
Źle sprawdziliśmy godzinę rozpoczęcia koncertu. Jeszcze bardziej się
rozdzielamy. W trójkę stajemy gdzieś z boku. Część ludzi wychodzi w środku
koncertu. My pchamy się do przodu. Mamy świetne miejsca. Koniec. To teraz
szybko do Tent’a na Die Antwoord. Namiot jest pełny (teraz już wiem dlaczego
ludzie wychodzili podczas Alt-J). Nie narzekamy. Ważne, że słychać i czasem
widać. Fizycznie już lekko wysiadam, ale dam radę. Koniec. 3:00 w nocy.
Wracamy do mieszkania w Gdańsku. O 6:00 jesteśmy w łóżkach. Śpimy do
14:00. Drugi dzień festiwalu. Jedziemy do Gdyni SKM…
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























