Budzę się. 6:57, dlaczego? Dlaczego zawsze chwilę przed
ustawionym budzikiem? I tak specjalnie nastawiłam go na wcześniejszą godzinę.
Wszystko po to aby zaliczyć jeszcze dwie drzemki. Czasami budzę się i nie wiem
jaki mamy dzień tygodnia. Błagam, może sobota? Wtorek. Według mnie dzień gorszy
od poniedziałku. Do weekendu jeszcze sporo czasu, a w dodatku wczoraj był
poniedziałek. Sięgam po telefon. To przerażające, że każdy dzień kończę i
zaczynam w ten sam sposób – z telefonem w ręku.
Dobra, jak nie wstanę teraz to się nie wyrobię. Idę do łazienki.
Spoglądam w lustro. Wmawiam sobie, że jestem wyspana i pełna energii. Nawet
działa. Potem czas na najlepszy moment poranka. Czas na kawę. Parzę swoją ulubioną i wracam z nią
do łóżka. W tym momencie zawsze pojawiają się wątpliwości: może jednak tutaj
zostanę? Przecież nic się nie stanie jeśli przegapię jeden wykład. Dobra, przecież
jak już wstałam to pójdę. Po tej krótkiej kawowej ceremonii czas się ubrać. Jak
zawsze nie wiem w co. Spoglądam na termometr za oknem. 5 stopni. I to jest to
obiecane babie lato? Wrzucam na siebie
cztery warstwy, wszystko po to aby nosić je potem pod pachą, gdy mamy już 15
stopni więcej. Czuję się wtedy jak Beduin przemierzający pustynię niosąc ze sobą cały swój dobytek. Po
prostu uwielbiam jesień.
