13 października 2015

6:57

Budzę się. 6:57, dlaczego? Dlaczego zawsze chwilę przed ustawionym budzikiem? I tak specjalnie nastawiłam go na wcześniejszą godzinę. Wszystko po to aby zaliczyć jeszcze dwie drzemki. Czasami budzę się i nie wiem jaki mamy dzień tygodnia. Błagam, może sobota? Wtorek. Według mnie dzień gorszy od poniedziałku. Do weekendu jeszcze sporo czasu, a w dodatku wczoraj był poniedziałek. Sięgam po telefon. To przerażające, że każdy dzień kończę i zaczynam w ten sam sposób – z telefonem w ręku.  Dobra, jak nie wstanę teraz to się nie wyrobię. Idę do łazienki. Spoglądam w lustro. Wmawiam sobie, że jestem wyspana i pełna energii. Nawet działa. Potem czas na najlepszy moment poranka. Czas  na kawę. Parzę swoją ulubioną i wracam z nią do łóżka. W tym momencie zawsze pojawiają się wątpliwości: może jednak tutaj zostanę? Przecież nic się nie stanie jeśli przegapię jeden wykład. Dobra, przecież jak już wstałam to pójdę. Po tej krótkiej kawowej ceremonii czas się ubrać. Jak zawsze nie wiem w co. Spoglądam na termometr za oknem. 5 stopni. I to jest to obiecane babie lato? Wrzucam na siebie cztery warstwy, wszystko po to aby nosić je potem pod pachą, gdy mamy już 15 stopni więcej. Czuję się wtedy jak Beduin przemierzający pustynię niosąc ze sobą cały swój dobytek. Po prostu uwielbiam jesień.